AXALP 2018

Zawsze marzyłem, żeby pojechać na jedyne w swoim rodzaju pokazy odbywające się w Szwajcarskich Alpach.

Są to ćwiczenia Szwajcarskich Sił Powietrznych, które odbywają się co roku w tym samym magicznym miejscu , wśród alpejskich szczytów, niedaleko miasteczka położonego 1500 m.n.p.m. Mowa oczywiście o Axalp.

Raz w roku Szwajcarskie Siły Powietrzne organizują tu 2 dniowe oficjalne ćwiczenia strzeleckie ( Axalp – Ebenfluh Range ). W tym roku oficjalna część odbyła się 10 oraz 11 października ( środa, czwartek).
Nie przypuszczałem, że od pomysłu, który tak naprawdę zrodził się w zeszłym tygodniu do realizacji minie taki ułamek sekundy ( lotniczego ześwirowanego czasu ). Był to 100% spontan .
Do wyjazdu zostało niewiele czasu, a trzeba się jeszcze przecież spakować, przygotować sprzęt, uszykować odpowiednie ciuchy, bo przecież niedługo będziemy wędrować po alpejskich szczytach.
Uszykowaliśmy wszystkie potrzebne rzeczy ( dokupiłem kartę pamięci, bo zawsze lepiej mieć o jedną za dużo, niż pluć sobie niepotrzebnie w aparat 🙂 i podnosić sobie ciśnienie.
Niespodzianką  było to, że dostałem od Moni buty trekkingowe oraz chyba ze 2 kg kotletów na drogę.
Jechałem razem ze swoim bratem Szymonem. Wyruszyliśmy około 17:30 po drodze odwiedziliśmy jeszcze pod poznańskie Komorniki w których kupiliśmy latarki czołowe do naszej górskiej wspinaczki. Do przejechania było około 1300km. Ustaliliśmy, że żeby lepiej się prowadziło będziemy robić etapy po 200 km.
Pierwszy etap wyprawy prowadziłem ja. Jak się za chwilę okazało mógł być to ostatni etap naszej spontanicznej wyprawy. Na autostradzie wystrzeliła nam opona.Na szczęście dla nas jak i dla późniejszej dalszej jazdy przeżyła felga.

Nasza opona, albo to co z niej zostało

Próbowaliśmy sami zmienić oponę, ale koło było tak przykręcone, że pękły dwa klucze, a gość z zabezpieczenia autostrady, który przyjechał nas odpachołkować 🙂 nie miał w ogóle klucza, ale zaproponował, że można na feldze dojechać do zjazdu ( brakowało nam 6km do zjazdu ) i tam się rozejrzeć. Oczywiście od razu odrzuciliśmy ten pomysł bo po takiej jeździe, nie było by już sensu zakładania nowej opony na zdewastowaną felgę.

Przez internet Szymon wyszukał i zadzwonił do pomocy drogowej z pobliskiej miejscowości i dogadał się z gościem, że ten przyjedzie i wymieni nam oponę na dojazdówkę, a my wtedy poszukamy warsztatu w okolicach ( na necie znaleźliśmy chyba ze sześć całodobowych serwisów wulkanizacyjnych ).
Usiedliśmy do auta w oczekiwaniu na pomoc drogową. Czas mijał, a mi przed oczami przewijał się obrazek treningu, na który mieliśmy zdążyć. Z czasem ten obrazek zamienił się  w loty, które odbywały się z pobliskiej bazy Meiringen.
Z obiecywanej przez pomoc drogową chwili zrobiło się 1,5h i po kolejnych telefonach z naszej strony z prośbą o przybycie doczekaliśmy się w końcu pomocy. Gość zjawił się w końcu , wymienił oponę, wziął pieniądze i pojechał.
My na szczęście też mogliśmy już jechać. Nie do końca do Szwajcarii, ale na poszukiwanie opony (bo jazda na dojazdówce nie wchodziła w grę ).
Kolejna godzina zleciała nam na dzwonieniu i wyszukiwaniu wulkanizatora, bo jak się okazało stację 24/7 były nieczynne ( obdzwonionych chyba z 6 ).
Bingo – jest jedna w Słubicach i do niej jedziemy. Gość, z którym rozmawiałem przez telefon nie mógł się określić czy ma na stanie oponę, którą potrzebujemy, ale pełni entuzjazmu jedziemy pod adres.
Jest – nasza opona czeka zawieszona pod sufitem, ale czeka ze swoją towarzyszką drugą do kompletu i też chcącą udać się z nami w Alpy ( wiadomo, kto by nie chciał 🙂 ). Szymon negocjuję z gościem zakup jednej opony i po dłuższej rozmowie opona zostaje wymieniona i teraz można już wrócić na trasę i kontynuować podróż ( dodam, że właśnie wybiła północ a my jeszcze w Polsce ).
Pewnie co niektórym nie chciało by się już po tych przygodach kontynuować dalszej drogi – Szymon stwierdził tylko

” To co ruszamy , przecież nic takiego się nie stało. To tylko opona. Trzeba śmigać dalej. W życiu nie odpuszczę sobie tych widoków”.

W Niemczech niestety korki

No to śmigamy. Z przestankami co 200 km i zmianą prowadzącego do Meiringen docieramy około godziny 13. To nasza pierwsza wizyta tutaj, ( mam nadzieję, że nie ostatnia ) więc nie za bardzo wiemy gdzie się kierować. Pytamy żołnierzy o drogę i po chwili parkujemy auto na parkingu w bazie Meiringen.

Ja oczywiście dostałem świra 🙂 . Usłyszałem dźwięk Szerszeni i adrenalina podskoczyła o 500% .

Szybko wyciągnąć aparat z plecaka i biec, ale w którą stronę. Najlepiej od razu na pas. Zaczęliśmy szybkim krokiem podążać między domami w stronę odgłosów samolotów. Zauważyliśmy przy niskim płocie troje ludzi, ale żeby się spytać jak do nich dojść trzeba było przejść przez zagrodę i wejść na porośnięty trawą schron lub coś co go przypominało.

nasza początkowa miejscówka 🙂

Kiedy już weszliśmy na górę zauważyliśmy, że za nami na górę wlazły byki, które chyba odwrotnie niż Szwajcaria nie miały neutralnego nastawienia a wręcz przeciwnie. Chciały nas stamtąd przegnać.

Wiedzieliśmy już na szczęście , gdzie biec do tych trojga ludzi stojących z aparatami niedaleko pasa startowego (trzeba było obiec strumień ). Nie było już czasu ( słychać było, że Hornety nie będą za nami dłużej czekać ) więc podwinęliśmy nogawki i jazda przez górski strumień na boso do płotu.

Spodnie mokre do kolan no ale przecież jest lato 🙂

Hałas się wzmógł i ruszyły 4x F-18 na trening. Mega widoki już były „zapłatą” za kilkunastogodzinną podróż, a tutaj w bonusie dostaliśmy jeszcze Hornety i śmigłowce. Przy płocie poznaliśmy trójkę ludzi ( jeden prowadzi stronę lotniczą  www.danielemaiolo.com ). Po wszystkich startach poszliśmy wszyscy na drugą stronę bazy na lądowania.

W drodze rozmawialiśmy oraz podziwialiśmy widoki. Szliśmy przez pas startowy po którym przed chwilą startowały Hornety. Pas, który normalnie robi jako droga dla samochodów.

Przecięcie pasa z drogą a w tle wodospad 🙂

Po około 40 minutach gdy już byliśmy na górce po drugiej stronie pasa 18-nastki zaczęły wracać do bazy.

Ten jako jedyny miał już wysunięty hamulec aerodynamiczny w powietrzu

Załapał się też Pilatus 🙂

Do końca nie wiemy co się stało, ale ostatni Hornet po wylądowaniu poruszał się w asyście wozów straży pożarnej (Daniele mówił, że było to lądowanie awaryjne ).

czajnik musiał odparować 😉

Stojąc przy płocie poznaliśmy jeszcze Polaka ( pozdro Janek 🙂 ), który był już na Axalpie, ale jakieś 8 lat temu. Mimo to  był bardzo dobrze przygotowany.

nasza bryczka na górskie wyprawy 😉

Pogadaliśmy, pojeździliśmy , żeby poznać okolicę i co najważniejsze żebyśmy wiedzieli jak dojechać do Axalp.
Musieliśmy zaplanować co robimy ( droga zamykana była od około 5 rano do 22 ).
Objechaliśmy okolice bazy Meiringen, byliśmy w Axalp oraz w okolicznych miejscowościach .
Pojechaliśmy też zobaczyć szczyt góry, z którego można było udać się na Wildgarst ( my chcieliśmy iść na KP, ale Janek mówił, że może spróbuję się wybrać na Wildgarst ).

Wszędzie dookoła witały nas krajobrazy niczym z bajki

jest MOC 🙂

Gdy wróciliśmy do bazy sfotografowaliśmy jeszcze śmigłowce 🙂

Około 18 stwierdziliśmy, że odpuszczamy dzisiaj nocleg u znajomego, który mieszka w Szwajcarii i śpimy w aucie w Meiringen ( samochód mieliśmy zaparkowany pod  wodospadem jakieś 100 metrów od skalnych hangarów wydrążonych w górach, w których parkowały F-18 ).

nasza baza w aucie 🙂

Niebo było przepiękne. Było na nim chyba z milion gwiazd. Naszą wspinaczkę zaczęliśmy około godziny 4:40 rano.

Uzbrojeni w czołówki ruszyliśmy w mrok, a drogę oświetlały nam miliony gwiazd. Myślałem, że jestem dobrze przygotowany kondycyjnie, ale wspinaczka zwłaszcza środkowy jej etap szybko pokazał mi moje miejsce w szeregu 🙂 Idąc już dłuższy czas pod górę zwróciliśmy uwagę na armię ludzi idących gęsiego. Widać było tylko czołówki, jedna za drugą.

Na szczycie byliśmy o godzinie 6:40 czyli z miasteczka Axalp ( 1500m.n.p.m ) do stanowiska dowodzenia ( KP ) szliśmy równe 2h.

Szymon z Jankiem po dotarciu na KP

Jeden z wielu punktów do których strzelały samoloty podczas szkolenia

Teraz był czas na odpoczynek, przebranie się w cieplejsze ciuchy, przygotowanie sprzętu i wyczekiwanie na najlepsze pokazy. Na połączenie przepięknych krajobrazów na tle, których za chwilę będą prześlizgiwać się z ogromną prędkością samoloty Szwajcarskich Sił Powietrznych. Na pokazy, w których piloci ostrzeliwują z ostrej amunicji cele znajdujące się niedaleko publiczności. Czas na niesamowite efekty, oderwania od krawędzi natarcia samolotów, na przeloty tuż poniżej linii, w której ustawieni są wszyscy miłośnicy i pasjonaci awiacji , czas na hałas i lotniczą naftę, czas na AXALP.

Śmigłowce co chwilę dowoziły ludzi, którzy wykupili sobie lot na szczyt, ludzi ze stanowiska dowodzenia oraz innych odpowiedzialnych, żeby to całe przedsięwzięcie przebiegło bez żadnych zakłóceń.

Wszyscy czekamy z niecierpliwością. Spiker ogłosił rozpoczęcie ćwiczeń wojskowych. Skupienie sięga zenitu!!! żeby tylko niczego nie przegapić, a zwłaszcza dwóch par Hornetów, które wpadają z ogromną prędkością plując przy tym niezliczone ilości flar.
Widzę nadlatują – dwa Hornety. Są za wzgórzem i zaraz zaczną nalot. Biorę aparat, celuję w miejsce gdzie za chwilę będą, a tu nagle wpadają dwa inne, które przyczaiły się w dolinie i zaczynają wyrzucać z siebie ogromną ilość flar. No to pięknie – myślę ( a w głowie zaczynam rzucać serię takiego mięsa, że gdybym miał to tutaj opisać to zabrakło by mi hieroglifów komiksowych i pewnie stron 🙂 ).
Coś tam zrobiłem, ale czy trafiłem z ostrością. Mętlik w głowie, ale trzeba szybko się pozbierać bo to przecież dopiero początek 1,5h szoł zaplanowanego przez Helwetów.

Hornety dają radę. Po grupowym strzelaniu na różne cele rozmieszczone na zboczach szczytów przyszedł czas na występ solo. W kokpicie siedzi kapitan Nicolas „Vincent” Rossier i pokazuję nam jakie możliwości ma pilotowany przez niego F/A-18 Hornet. Flary, szybkie przeloty na tle gór i co jakiś czas znikanie za szczytem, na który wybierają się spotterzy żądni  mocniejszych wrażeń i tacy, którzy liczą na to, że samoloty będą przelatywać tak nisko ich głów, że będzie można zrobić zdjęcie, na których  na plakietce będzie widać ksywkę pilota 🙂 ( mowa oczywiście o Wildgarst ).

Najlepsze miejsce na selfie na świecie 🙂

Spotting Location 😉

Man and the machine 🙂

Po Hornetach czas pokazać Super Pumę i jego pokazowy numer z wyrzutem deszczu flar. Wygląda to po prostu pięknie!!!

Taniec na niebie z wielką gracją pokazują nam szwajcarscy piloci.
Skład Super Puma Display Team:
dowódca Kapitan Jan „Schwiiz” Schweizer
Major Sebastian „Sebi” Hanimann
Major Sandro „Sandro” Haag
Kapitan Marc”Marco” Lauber
Kapitan Robin „Robin” Stauber
Kapitan Philippe „Philippe” Weber
Maszyny są pilotowane przez dwóch pilotów w sesjach treningowych i pokazowych: kapitan koncentruje się całkowicie na pilotowaniu oraz nad przebiegiem programu pokazowego podczas gdy drugi pilot monitoruje systemy i odpowiada za komunikację radiową.

Śmigłowiec tańczy na tle gór i co chwila przelatuję w tak niewielkiej odległości, że patrząc przez aparat ma się wrażenie, że jesteśmy w stanie go dotknąć. Piloci zakładają pomarańczowe rękawice i żegnają się z publicznością machając nam na do widzenia.

Szwajcarzy w przerwie między strzelaniem pokazali przelot 18-stek w towarzystwie samolotu dyspozycyjnego Cessna 560 XL Citation Excel (T-784).

Po tym jak swój przelot skończyły Hornet oraz Cessna zauważyliśmy, że nadlatuję kolejny F-18 w asyście dwóch samolotów Pilatus ( A-108 oraz A-938 ).

Po nich swój pokaz solo wykonał pilot Pilatusa PC-21 o numerze bocznym ( A-106 ) Daniel „Stampa” Staempfli. Manewrował swoim samolotem w dolinie, co chwila zmieniając ustawienie samolotu względem fotografującego, tak że można było zrobić zdjęcie kokpitu jak i samolotu odwróconego przelatującego na tle gór.

Łowca kadrów 🙂

Coś niesamowitego, być tam i móc fotografować to wszystko na żywo!!!
Przyszedł czas na szwajcarskie tygrysy. Na początek zaprezentowały się nam wszystkie samoloty F-5 Tiger ( czyli te, które będą brały udział w strzelaniu bojowym jak i te, które na co dzień reprezentują Szwajcarskie Siły  Powietrzne na światowych pokazach. Mowa oczywiście o zespole Patrouille de Suisse ).

Raz za razem, jeden po drugim ku uciesze lotniczych „świrów” samoloty nadlatywały i strzelały do celów z ostrej amunicji.

F-5 oddający serię do celów ustawionych na zboczu góry

Potem przyszedł czas na lot synchroniczny w wykonaniu Patrouille de Suisse.
Samoloty F-5 Tiger ubrane w czerwono białe narodowe stroje Szwajcarii oraz ich piloci pokazywali kunszt precyzyjnego latania w grupie.Samoloty przeleciały obok nas wszystkich zgromadzonych na zboczu KP, po czym poleciały w górę i rozeszły się w powietrzu wystrzeliwując przy tym mnóstwo flar.

To był już niestety ostatni punkt pokazu.
Zaczyna się strome schodzenie do punktu, w którym mieliśmy zostawiony samochód. Część ludzi zjeżdża wyciągiem, część zlatuję śmigłowcami do bazy, a my pokonujemy cały odcinek na piechotę. Po drodze natrafiamy na pozostałości flar, które leżą w dolinie. Zejście zajmuję nam około 50 minut. Wydawało się nam, że gdy zejdziemy do Axalp wsiądziemy do samochodu i szybko odjedziemy, ale niestety cała droga była zastawiona ludźmi, którzy cały czas napływali ze szlaków oraz z kolejki. Musieliśmy poczekać kilka godzin, aż większość ludzi zjedzie autobusami na dół ze szczytu. My z Axalp wyjeżdżaliśmy około godziny 20.

najmłodszy fan awiacji 🙂

Do przejechania mieliśmy jeszcze dzisiaj około 100 kilometrów do znajomego, u którego mieliśmy spać i trochę się odświeżyć ( pozdrawiamy Jarosz 🙂 ).
Spontanicznego wyjazdu nadszedł koniec. Łącznie w samochodzie spędziliśmy około 32h. Przejechaliśmy jakieś 2700km, ale były to kilometry, które jeszcze nigdy nie sprawiły mi tyle frajdy ( nie licząc opon na A2 ). Był to mega spontaniczny 4 dniowy wypad na najlepsze pokazy lotnicze. Nie wiem czy krajobrazy były tutaj bonusem czy może pokazy Szwajcarskich Sił Powietrznych.
Po prostu wszystko było IDEALNE. Każdemu lotniczemu świrowi życzę tak pozytywnie zakręconych osób jak te, które towarzyszą mi w moim życiu. Dzięki Wam coś co dla mnie wydawało się wyprawą na Księżyc nagle stało się proste. WIELKIE DZIĘKI!!!

POZDRAWIAMY!!! 🙂